Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
29 postów 25 komentarzy

Jaskółczym piórkiem

Julia M. Jaskólska - filozof, publicystka

Smoleńskie Ministerstwo Prawdy (3)

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Spirala kłamstwa smoleńskiego będzie nakręcana dalej. Nie ma liczącego się, wpływowego środowiska, które mogłoby dać temu skuteczny odpór.

 Z Julią M. Jaskólską i Piotrem Jakuckim, publicystami niezależnymi, rozmawia Free Your Mind

 
FYM: Takie niezbyt ładne przysłowie powiada, że w domu powieszonego o pewnych sprawach się nie mówi. Np. o sznurze. Nie wiem jak Państwu, ale mnie się nasuwa skojarzenie właśnie z sytuacją „domu powieszonego”. Jest to o tyle dziwna sytuacja (w przypadku śledztwa smoleńskiego), że przecież do słynnej lotniczej katastrofy miało dojść na Siewiernym, a nie na Okęciu, prawda? W czymże więc leży ten gigantyczny problem, jeśli chodzi o szczegółowe odtworzenie sytuacji na tym warszawskim lotnisku?
Już pomijam w tym momencie to, że zrazu nie sposób było ustalić, o której dokładnie godzinie co wyleciało, taki widocznie był wzmożony ruch na Okęciu tamtego sobotniego ranka – jak i ustalić, „o który obiekt latający chodzi”, że się tak wyrażę. Czy chodzi o „prezydenckiego jaka”, czy może raczej o „prezydenckiego tupolewa”. I nie byle kto miał z takimi ustaleniami problemy. Przykładowo R. Grupiński (było nie było człowiek gabinetu ciemniaków i rządzącej koalicji) w programie radiowym Trójki 10 Kwietnia przed 10-tą rano powiada: „Rozmawiałem z ludźmi z kancelarii premiera. Nie było jeszcze wtedy informacji na temat tego, czy rozbił się tu-154 czy jak…” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/komorki-milcza.html). Z kolei dansingbubek z tzw. centrum operacyjnego, dzwoniący (ponoć niedługo po 9-tej pol. czasu) do amb. J. Bahra, mającego być na pobojowisku „pokatastrofalnym”, na którym „brak oznak życia”, ma zapytywać „czy to na pewno ten samolot, czy nie ten?” (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/co-wiemy-jezus-maria-msz-publikuje-rozmowy-sikorskiego,214245.html)?
Na mój, niekoniecznie chłopski, ale ciemny na pewno, rozum, jakoś ciężko wyjaśnić to, iż ani w kancelarii premiera, ani w MSZ, ani w COP (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,czas-na-nowa-narracje), ani – jak można by sądzić z wywiadu „Czerskiej Prawdy” z legendarnym B. Klichem – w MON (http://wyborcza.pl/1,111900,8951988,Szef_MON__W_dokumentach_wszystko_gra.html?as=4&startsz=x) nie wiadomo, co to za obiekty latające z warszawskiego wojskowego lotniska wyleciały z Dowódcami i Prezydentem.
Rozumiem, że gdyby tych samolotów dla delegacji prezydenckiej było z dziesięć, to można by się pogubić w takim natychmiastowym ustaleniu, kto wyleciał czym – ale przecież wylecieć miał tylko „jeden tupolew” z „całością delegacji”, czyż nie? Czy więc ktoś się w kontroli lotów zagapił (może leciała jakaś powtórka ważnego serialu w TV) i przeoczył ten jedyny wylot, czy może tych wylotów było trochę więcej niż jeden i stąd się „pokomplikowała sprawa”? No, chyba że, jak sugerują niektórzy, 10 Kwietnia wyleciał tylko dziennikarski jak-40 – ale w takim razie gdzie by się podział „prezydencki jak” i „prezydencki tupolew”, o których mówił rzecznik MSZ P. Paszkowski i dziennikarze?”
 
PJ: A czy w ogóle mamy pewność, że delegacja wyleciała z Okęcia? A może wyleciał z niego wyłącznie Jak-40 z dziennikarzami? Przecież jeśli spojrzymy na relacje oficjalne, to się nic nie klei. Przypomnę, że na początku nikt, z ówczesnym rzecznikiem MSZ Piotrem Paszkowskim na czele, nie wiedział, czy prezydent poleciał tupolewem, czy jakiem. My jedynie wiemy, że o 7.27 wystartował „jakiś tupolew”. I to wszystko. Nie wiadomo, kto go pilotował, kto był na pokładzie… Owszem, są nagrania z wieży, które zostały zabezpieczone na potrzeby śledztwa, ale co w nich jest też tego nie wiemy. Ciekawa informacja z tym związana jest taka, że w Internecie, myślę tu m.in. o stronie http://www.liveatc.net, uważanej za główne źródło, jeśli chodzi o dostęp do nagrań rozmów pilotów z wieżą, nie można znaleźć nagrań z wieży kontroli lotów Okęcia (międzynarodowy kod – EPWA) z interesującego nas zakresu czasowego z 10 kwietnia. Niestety, na mail wysłany do autorów strony w tej sprawie, nie doczekaliśmy się odpowiedzi… Pozostaje też otwarte pytanie, czy ze śmiercią delegacji wiąże się zgon oficera nasłuchu i kontrwywiadu Marynarki Wojennej, którego znaleziono powieszonego 2 czerwca 2011 roku w Wejherowie? Tę wiadomość ogłoszono dopiero po miesiącu, razem z informacją, że rozmowy przeprowadzane w tupolewie 10 kwietnia 2010 roku mogły być odbierane przez nasłuch tych służb.
 
JMJ: Ten brak jakichkolwiek informacji dotyczących poranka 10 kwietnia na Okęciu jest tym bardziej zastanawiający, że z jakichś tajemniczych względów przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Czy w toku śledztwa prowadzonego przez prokuraturę wojskową, bądź cywilną lub podczas prac sejmowego zespołu smoleńskiego, ta sprawa kogoś zainteresowała? Chyba nie, inaczej coś by przeciekło do mediów. Nie mamy więc np. ani jednej relacji taksówkarza, który odwoził któregoś z członków delegacji. A rozmowy telefoniczne? Co Pan robi, gdy ktoś z Pana rodziny odlatuje, a Pan nie może go odprowadzić na lotnisko? Naturalnie, dzwoni Pan do tej osoby, by spytać, czy wszystko w porządku, czy nie ma opóźnienia w podróży. Albo osoba wybierająca się w podróż dzwoni, czy przysyła sms-a. A tu nic, brak danych na temat jakiegokolwiek nawiązywania kontaktu z najbliższymi, tak jakby te osoby rozpłynęły się we mgle. Bo trudno przecież przyjąć do wiadomości, że nikt się ich podróżą nie interesował, szczególnie tak ważną wizytą jak upamiętnienie pomordowanych w Katyniu. Czy ta dziwna sytuacja nie miała związku z tajemniczym komunikatem z wieczora 9 kwietnia, o którym w ostatnich wiadomościach informowały TVP1, TVP2, TVP Info? Można też go było znaleźć w telegazecie, a był podobny w treści do tego odebranego przez brytyjski kontrwywiad tuż przed zamachem nad Lockerbie. Komunikat brzmiał dokładnie tak: „Dyżurna Służba Operacji Sił Zbrojnych RP przekazała do Centrum Operacji Powietrznych w Warszawie informacje o zagrożeniu atakiem terrorystycznym jednego z samolotów Unii Europejskiej”…
 
PJ: … a propos: z telegazety zniknął 10 kwietnia tuż po „katastrofie”. Dlaczego nad tym komunikatem zapadła cisza, skoro mógł on by być jednym z kluczowych elementów rozwikłania smoleńskiej zagadki?
 
Czy spotkał się Pan z jakimiś analizami, skąd się ten komunikat wziął i którego samolotu z UE to ostrzeżenie mogło dotyczyć? Nie wiem, być może prokuratura wojskowa, analizuje ten materiał, ale dziennikarze o to nie pytają, a ta część Polaków, która wydarzeniami z 10 kwietnia 2010 roku jeszcze się interesuje – na przekór mediom i politykom, którzy robią wiele, by wywołać u opinii publicznej zmęczenie tym tematem – o tym komunikacie już pewnie nie pamięta.
 
Dodam może jeszcze, że wbrew niektórym opiniom informacja Dyżurnej Służby Operacji Sił Zbrojnych RP nie była utajniona. I jest to dziwne, gdyż z reguły tego typu ostrzeżenia, wychodzące od służb specjalnych, a Dyżurna Służba Operacji Sił Zbrojnych RP jako organ wykonawczy Szefa Sztabu Generalnego WP zajmuje się m.in. zapobieganiem aktom terroru i ich następstwom, są tajne. Potwierdził to zresztą w odpowiedzi na pytanie „Niezależnej Gazety Polskiej Nowe Państwo” (w tekście Leszka Misiaka pt.: „Rozdział I – ostatnie ostrzeżenia”, numer 3/2011) rzecznik prasowy SG płk Andrzej Wiatrowski. Stwierdził on, iż „przesyłane bądź otrzymywane informacje o zagrożeniu mają status dokumentów, które nie są rozpowszechniane. Nie mają one charakteru informacji publicznej.”
 
Dlaczego więc ten konkretny komunikat był opublikowany w mediach? Przecież do pewnego czasu można go było znaleźć za pomocą wyszukiwarki Google, czy na stronach internetowych m.in. wprost24.pl, wolnemedia.net, wolnapolska.pl, niezalezna.pl, newsweek.pl… Wielu blogerów (m.in. mailbox w styczniu 2011 roku), stawiało tezę, że komunikat został wydany specjalnie tak późno, by nie dotarł do opinii publicznej, a jedynie do zainteresowanych, by usprawiedliwił np. zmianę lotniska docelowego samolotu, czy też, z uwagi na konieczność zastosowania ochrony kontrwywiadowczej, zmianę sposobu i czasu dowozu członków delegacji i zebranie ich na przykład w hangarze. Może warto zastanowić się, czy nie był to sygnał do podjęcia jakiejś akcji, czy nie taki był cel upublicznienia komunikatu.
 
Istotną kwestię, dotyczącą zmian zawartości komunikatu podjął 11 lutego 2012 roku bloger Wunderman we wpisie pt.: „Klucz do zrozumienia przyczyn katastrofy smoleńskiej”, opublikowanym na Salonie24, podkreślając, że „dopiero później manipulowano jego treścią nadając mu taką formę: „… dzień przed katastrofą otrzymano ostrzeżenie o możliwości uprowadzenia statku powietrznego z lotnisk jednego z państw Unii Europejskiej”.Wobec tego twierdzono, że cała sprawa nie mogła dotyczyć katastrofy smoleńskiej. Z tego drugiego tekstu łatwo wywnioskować, że był zmieniany post factum, już po katastrofieZastanawia to, że taką wersję komunikatu przyjęła też Biała Księga w sprawie katastrofy smoleńskiej opracowana przez Zespół pod kier. Antoniego Macierewicza. Ale przede wszystkim zastanawia co innego – dlaczego wykrzywiono brzmienie pierwotnego komunikatu? W istotnym stopniu zmieniono jego sens?”
Właśnie, dlaczego?
 
JMJ: Skoro już jesteśmy przy komunikatach, to przypomnijmy jeszcze ujawniony w zeszłym roku przez Polsat News fragment nagrania z Centrum Operacji Powietrznych, z którego wynikało, że na Siewiernyj leciał także Jak-40, pilotowany przez gen. Andrzeja Błasika. Ta kwestia jednak też nie została podjęta przez media, i gdyby nie blogerzy śledczy w ogóle by nie zaistniała. A to jest przecież tylko jeden z wielu przypadków przemilczania spraw nie pasujących do wersji lansowanych przez obie strony, które za dogmat przyjęły w punkcie wyjścia tezę o tym, że delegacja poleciała jednym samolotem na obchody rocznicowe i że wszyscy zginęli na Siewiernym.
 
Jeżeli jednak w założonym scenariuszu do katastrofy miało dojść na Siewiernym, to wszystkich należało umieścić w jednym samolocie. Katastrofę tupolewa da się jeszcze od biedy wmówić społeczeństwu, ale już bajkę o rozbiciu dwóch samolotów – nie za bardzo…
 
Można spytać, czy takie wprowadzenie w błąd milionów ludzi podejmujących na co dzień racjonalne decyzje jest możliwe? Ależ oczywiście! Było to już nie raz grane. W 1938 roku radiosłuchacze w Stanach Zjednoczonych wpadli w panikę przekonani o inwazji Marsjan. Uciekali z domów, dzwonili na policję. A wszystko za sprawą sugestywnego radiowego słuchowiska na podstawie powieści science fiction autorstwa Herberta George Wellsa „Wojna światów”. Tak jak wtedy miliony uwierzyły w najazd Marsjan na Ziemię, tak w czasie mniej odległym miliony telewidzów na świecie uwierzyło w to, że w wieże WTC w Nowym Jorku 11 września 2001 roku uderzyły samoloty pilotowane przez arabskich terrorystów. Ten telewizyjny obrazek z ranka 10 kwietnia 2010 roku ze strażakiem na pobojowisku i szczątkami jakiegoś samolotu pomalowanymi w polskie barwy też widocznie musiał być bardzo sugestywny, skoro wzięli go za autentyk również ci, którzy nie wierzą w wypadek, a więc zdawałoby się są bardziej wnikliwymi obserwatorami.
 
FYM: Jak Państwo patrzą – już z tej perspektywy czasu – na to, co się wokół „sprawy smoleńskiej” dzieje? Czy sądzą Państwo, że „wszystko ma się już ku końcowi”, tzn. zostaniemy z alternatywą: „wypadek lub zamach na Siewiernym” i powoli „życie wróci do normy”, czy jednak nastąpi pęknięcie w tym dość grubym murze grobowego milczenia wokół tragedii? Mnie nieustannie frapuje nie tylko to, jak można (fachowo) analizować przebieg katastrofy nie dysponując materiałem dowodowym w postaci szczątków danego samolotu i dokładnych badań miejsca, ale też to, jak można mówić o dokładnym przebiegu tejże katastrofy (z takimi a takimi skutkami), nie przeprowadziwszy kompleksowych, specjalistycznych badań medyczno-sądowych dotyczących stanu zwłok ofiar. Możliwe jednak, że w sytuacji, w której, tak jak to sygnalizowałem w rozmowie z Z. Białasem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/05/wywiad-dla-z-biaasa-cz-ii.html), nawet prokurator generalny A. Seremet marzy już tylko o zamknięciu śledztwa, bez konieczności pozyskiwania fragmentów wraku, rejestratorów itp. drobiazgów, bez konieczności przeprowadzania dalszych (poza dotychczasowymi trzema) ekshumacji, tudzież zebrania pełnej dokumentacji – nie powinienem oczekiwać cudu.”
 
JMJ: Skoro pewien elektryk rzekomo udowodnił, że przeskoczył ponad dwumetrowy płot, to dlaczego nie można prowadzić śledztwa smoleńskiego i przeprowadzać symulacji dotyczących rozpadu kadłuba samolotu, gdy wrak tupolewa spoczywa na Siewiernym, a dowody są w rękach Rosjan? Dla logicznie myślącego człowieka jest to absurd, ale co to kogo obchodzi, sprawa jest upolityczniona, a w polityce dowolne obchodzenie się z prawdą jest prawie nagminne. Opieranie się na danych teoretycznych, nie uwzględniających np. stopnia zużycia elementów samolotu, powoduje ich zafałszowanie, a tym samym fałszuje obliczenie końcowe. Nie bronię tu koncepcji pancernej brzozy, gdyż nie wytrzymuje ona krytyki, chcę tylko powiedzieć, że nie można uznawać za wiarygodne obliczeń, opartych na nie zweryfikowanych danych wziętych z fabrycznej charakterystyki samolotu.
 
Jaką więc mamy gwarancję wiarygodności w przypadku badań prowadzonych z jednej strony przez prokuraturę, a z drugiej przez ekspertów zespołu parlamentarnego? W przypadku profesora Biniendy na potwierdzenie fachowości przywołuje się jego udział w wyjaśnianiu katastrofy promu „Columbia”. Tyle, że tam był zapis startu i przebiegu lotu do momentu katastrofy oraz parametry zachowań urządzeń pokładowych, były szczątki promu poddane badaniu i byli świadkowie. Dowodzenie mogło więc zostać przeprowadzone fachowo w oparciu o prawidłowe dane wyjściowe. Co z tego jednak miałoby wynikać w odniesieniu do badania przypadku Siewiernego?
 
Mówi się więc o ładunkach wybuchowych w skrzydle, wykorzystując – mam wrażenie – to, że przeciętny odbiorca nie wie np. że paliwo znajduje się w skrzydle i że gdyby doszło do wybuchu w tym miejscu to samolot zamieniłby się w jedną wielką pochodnię i nie byłoby mowy o tym, że ciała niektórych ofiar zachowałyby się bez znaczących obrażeń. Epatuje się więc publiczność, poprzez wykorzystanie argumentum ad ignorantiam, szczegółami technicznymi, niezrozumiałymi dla większości, tak by odwrócić uwagę od alogicznych, sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem elementów sytuacji, np. braku foteli, kokpitu czy braku obrażeń narządów wewnętrznych u niektórych ofiar.
 
Jednocześnie szeroko stosuje się argumentum ad verecundiam, czyli zamykanie ust krytykom poprzez odwoływanie się do tego, co powiedział autorytet. Najlepiej z tytułem naukowym. Profesorem był Bronisław Geremek, profesorem, zgodnie z wykładnią salonu, jest Władysław Bartoszewski, Lech Wałęsa w pojedynkę obalił komunizm, zaś Tadeusz Mazowiecki to „pierwszy niekomunistyczny premier”. I dlatego to, co mówią jest święte i nie może być kwestionowane.
 
Ależ to było piętnowane przez prawicę i tzw. niezależne media! A tymczasem w przypadku Smoleńska podobne chwyty erystyczne stosowane są przez obie strony. Z jednej strony mamy ekspertów typu Tomasza Hypkiego, Wojciecha Łuczaka, Tomasza Białoszewskiego. Z drugiej – Wiesława Biniendę, czy Kazimierza Nowaczyka. To przecież naukowcy, a w dodatku z amerykańskich uczelni! I nie wypada pytać nawet, czy owi naukowcy mają osiągnięcia przydatne w wyjaśnianiu okoliczności tragedii 10 kwietnia . Mają rekomendację przewodniczącego zespołu parlamentarnego i opozycji, i to ma wystarczać, a podawanie w wątpliwość trafności doboru stosowanych przez tych naukowców metod i przydatności wyników ich badań do wykrycia okoliczności śmierci poległych 10 kwietnia ma wagę nieomal zdrady stanu.
 
Krótko mówiąc wszystko, co nie jest zgodne z wersją o zwykłym wypadku lotniczym z jednej strony, albo z drugiej z hipotezą o wybuchach, „zamrożeniem” tupolewa na wysokości 15 czy26 metrów, jest albo ośmieszane, albo zamilczane na śmierć. Nie daj Boże mówić o maskirowce, bo dostaje się etykietkę ruskiego agenta, albo paranoika.
 
PJ: Spirala kłamstwa smoleńskiego będzie nakręcana dalej. Nie ma liczącego się, wpływowego środowiska, które mogłoby dać temu skuteczny odpór. Powstaną następne, nic nie wnoszące do sprawy filmy, pojawią się pewnie jakieś kolejne „ostatnie zdjęcia prezydenta”, i jakieś okolicznościowe publikacje przy okazji kolejnych rocznic, które nie będą o krok przybliżać do prawdy.
 
Moim zdaniem, aby ten mur milczenia i zakłamania zburzyć potrzebny byłby współczesny odpowiednik Mitrochina, Kuklińskiego oraz Reagana. Prawda o Smoleńsku pewnie spoczywa w sejfach nie tylko w Polsce, ale także w Moskwie, Berlinie, czy Waszyngtonie, i oczywiście procentuje. Słowem zważywszy układ sił w geopolityce musiałby zdarzyć się jakiś cud.
 
Prawo i Sprawiedliwość zapowiada, że do końca tego roku swoją pracę zakończy zespół badający katastrofę smoleńską i przedstawi pełny raport. Zespół, jak powiedział Antoni Macierewicz, kończy badania dotyczące ostatnich 6 sekund lotu Tu 154M i będziemy się mogli się zapoznać z ich wynikami jeszcze przed wakacjami. Zastawiam się, czy opozycja zdaje sobie sprawę z jaką odpowiedzialnością wiążą się tego typu deklaracje. Zwolennicy PiS, choć oczywiście nie tylko, na pewno w najlepszej wierze czekają na wyjaśnienie w jakich okolicznościach zginął prezydent i cała prawie stuosobowa polska delegacja. Na miejscu opozycji byłbym jednak zdecydowanie bardziej wstrzemięźliwy w zaciąganiu w tym przypadku kredytu zaufania społecznego.
 
FYM: Dlaczego, Państwa zdaniem, głos prof. J. Trznadla oraz prof. M. Dakowskiego w sprawie maskirowki smoleńskiej został przemilczany nawet przez media deklarujące się jako niezależne, a więc piszące o tym, o czym nie chcą informować media „reżimowe”? Czy zaczynamy wchodzić w etap, w którym istnieje już tylko mainstream, różnicujący się jedynie wedle kryterium politycznych sympatii/antypatii, a stosujący w istocie (zwierciadlane, dwubiegunowe) zasady selekcji i blokowania pewnych treści? Czy Państwa zdaniem pojawienie się (w polu zagadnień badawczych) teorii maskirowki na jesiennej konferencji smoleńskiej (http://www.konferencjasmolenska.pl/) stanowi już jakiś poważny przełom w całej sprawie śledztwa, czy to będzie nieznaczący epizod? A może są jakieś symptomy pękania tamy?”
 
PJ: Czy widzi Pan jakąkolwiek liczącą się siłę, której zależałoby na odejściu od obowiązującej narracji? Przecież w nią wpisują się zarówno media mainstreamowe, czy też jak je Pan nazywa „reżimowe” – choć polemizowałbym, czy to określenie jest właściwe – jak i te określające siebie jako niezależne. I to jest odpowiedź na Pana pytanie, dotyczące przyczyn zapisu nałożonego na m.in. profesorów Jacka Trznadla i Mirosława Dakowskiego. Przy sprawie smoleńskiej mamy tak naprawdę do czynienia z dwoma mainstreamami: rządowym z TVN i „Gazetą Wyborczą” oraz opozycyjnym z „Gazetą Polską” i „Naszym Dziennikiem” na czele, które zadziwiająco zgodnie uznają dane przedstawione przez MAK za miarodajne.
 
JMJ: Nie chcę być złym prorokiem, ale pojawienie się Pana publikacji „Czerwona strona Księżyca” na jesiennej konferencji poświęconej katastrofie smoleńskiej, która ma odbyć się 22 października w Warszawie, może służyć próbie zdezawuowania tej koncepcji. O tym może świadczyć fakt, że w materiałach konferencyjnych Pana materiał jest jedynym ujmującym 10 kwietnia z pozycji teorii dwóch miejsc, mimo że są także fachowe publikacje profesora Mirosława Dakowskiego, czy Krzysztofa Cierpisza, których nikt merytorycznie nie podważył. Czy nie chodzi o to, by hipotezę dwóch miejsc zdeprecjonować poprzez przypisanie jej do, przy całym szacunku dla Pana, anonimowego czyli ukrytego pod pseudonimem blogera, który nie będzie mógł wystąpić oficjalnie podczas obrad i przedstawić analizowanej przez siebie hipotezy.
 
Proszę też zwrócić uwagę, że tematem konferencji jest „Mechanizm zniszczenia samolotu TU-154M w Smoleńsku w dniu 10.04.2010”, a nie okoliczności śmierci prezydenta RP i delegacji katyńskiej. Czy to nie mówi za siebie?
 
Nie chcę jednak przez to wszystko powiedzieć, że nie warto by Pan na przykład przygotował na konferencję referatu i np. poprosił kogoś o jego przedstawienie. Było nie było wśród zadań badawczych i problemów naukowych organizatorzy konferencji wymieniają „Ocenę prawdopodobieństwa hipotezy, według której śmierć pasażerów samolotu TU-154 nastąpiła w innym miejscu niż wrakowisko pod Smoleńskiem, a samo wrakowisko i wszelkie informacje dostarczane przez stronę rosyjską są jednie inscenizacją (ros. maskirowka)”.
 

KOMENTARZE

  • Trwa wojna informacyjna!
    Czytałem sobie FYM-a i analizowałem. Widocznie FYM przybliżył się dość znacznie do prawdy o zamachu w innym miejscu, niż na Siewiernym i dlatego służby zrobiły atak na jego blog, by go ośmieszyć i zdyskredytować. Dopóki nie zagrażał, dawali spokój. Ale jak już zaszedł im za skórę, dali popalić. Poseł Macierewicz nawet na początku nie był sceptyczny do hipotezy FYM-a, a później, jak zobaczył, że jego własna teoria dwóch wybuchów jest zagrożona, zaatakował FYM-a i wyzwał go od agentów. To typowa reakcja obronna. Jak długo ktoś głosi swoje teorie, które nie zagrażają UKŁADOWI, znosi się je spokojnie. A jak już staje się to niebezpieczne, następuje atak.
  • @
    http://clouds.nowyekran.pl/post/56252,byl-sobie-hangar-tajemnicze-okecie-2010

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031